NFZ Speedway Team
Nieobiektywny felieton
27 kwi
NFZ Speedway Team
W żużlu od wielu lat mówi się, że to sport dla twardzieli a zawodnicy to ludzie ze stali, gdzie funkcjonuje niepisana zasada, że jak możesz wsiąść na motocykl to jedziesz. Problem w tym, że coraz częściej oznacza to coś zupełnie innego bo jedziesz mimo kontuzji, bólu, mimo niezaleczonego urazu, mimo świadomości, że organizm nie jest gotowy. I o ile kiedyś traktowano to jako przejaw hartu ducha, dziś coraz trudniej nie nazwać tego wprost – systemowym przyzwoleniem na niebezpieczeństwo.
Wystarczy spojrzeć na świeży przykład meczu Polonia Piła – TŻ Ostrovia. Trzech zawodników przyjezdnych, trzech z problemami zdrowotnymi i trzech, którzy nie byli w stanie normalnie dokończyć zawodów. Jeden, Gleb Czugunow, odpada niemal od razu z powodu odnowionego urazu barku. Drugi, Jakub Krawczyk, próbuje jechać mimo bólu nogi po wcześniejszym urazie, ale w końcu ze łzami w oczach schodzi z toru. Paweł Sitek jedzie aż w czwartym starcie nie dojeżdża do mety. Do tego zaskakująca postawa Taia Woffindena. To nie jest pech a konsekwencja decyzji grupy ludzi podjętych jeszcze przed pierwszym biegiem.
Tu rodzi się najważniejsze pytanie: dlaczego oni w ogóle wyjechali na tor?
W żużlu kontuzja rzadko oznacza pauzę. Częściej oznacza „spróbujemy”. Spróbujemy przejechać jeden bieg. Spróbujemy pomóc drużynie. Spróbujemy wytrzymać na środkach przeciwbólowych. Problem w tym, że tor żużlowy to nie jest miejsce na eksperymenty z własnym zdrowiem. Tu każdy ułamek sekundy, każdy minimalny brak kontroli nad motocyklem może skończyć się karambolem. Jeśli masz niesprawną rękę – gorzej kontrolujesz gaz lub sprzęgło. Jeśli masz problem z nogą – gorzej stabilizujesz motocykl. Jeśli reagujesz wolniej przez ból i środki przeciwbólowe – podejmujesz gorsze decyzje.
I tu dochodzimy do sedna, że to nie jest tylko problem tego jednego zawodnika bo taki zawodnik jadący z kontuzją to zagrożenie dla wszystkich na torze, zwiększa on ryzyko dla trzech pozostałych. A mimo to system nie tylko tego nie eliminuje a dla doraźnych zysków to toleruje.
Przykładów takich sytuacji jest bardzo wiele, najbardziej obrazowa była ta związana z Jason Doyle, gdy ten walczył o tytuł mistrza świata. Kontuzja nogi go nie powstrzymywała i chodzącego o kulach wsadzano na motocykl by dowoził niezbędne punkty w walce o tytuł.
W 2021 roku Janusz Kołodziej Racing w meczu ligowym upadł na tor i uderzył w bandę. Uskarżał się na ból ręki, ale kilka minut po wypadku, wsiadł na motocykl i zdobył trzy punkty. Kolejne dwa starty ból już wygrywał i Pan Janusz przyjeżdżał w nich ostatni. Po meczu pojechał do szpitala gdzie okazało się, że mógł uczestniczyć w meczu z uszkodzonym obojczykiem.
Podobną sytuację miał Patryk Wojdyło w 2024 roku gdy w połowie zawodów upadł na tor po czym miał problem z ręką. Pomimo problemów z poruszaniem palcami lekarz zawodów dopuścił go do dalszej jazdy. - Patryk zacisnął zęby i jechał dalej w zawodach, ale badania po meczu były jednoznaczne - złamany nadgarstek i kość śródręcza - czytamy w komunikacie klubu wydanym po meczu.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że te sytuacje nie są incydentami. To schemat powtarzany od kilkudziesięciu lat. Od jazdy ze złamaniami, przez powroty kilka dni po poważnych urazach, zespawane obojczyki, śruby gdzie tylko się da, aż po starty „na blokadzie”. Żużel stworzył kulturę, w której rozsądek bywa traktowany jak słabość a cel sportowy przyćmiewa logikę.
Wcześniej takich historii było o wiele więcej. Z przeciągającymi się urazami lub niezaleczonymi kontuzjami startowali między innymi: Zenon Plech, Tomasz Gollob, Greg Hancock, Rune Holta, Andreas Jonson, Niels Kristian Iversen, Patryk Dudek, Jarosław Hampel, Janusz Kołodziej, czy Tai Woffinden.
Kluczową rolę powinien tu odgrywać lekarz zawodów czyli osoba, która ma prawo nie dopuścić zawodnika do startu. W teorii oczywiście bo w praktyce ta funkcja coraz częściej sprawia wrażenie czysto formalnej. Zawodnik zgłasza się, mówi że chce jechać, dostaje zgodę. Bez pełnej diagnostyki, bez realnej możliwości oceny stanu zdrowia, bez narzędzi, które pozwoliłyby podjąć odpowiedzialną decyzję. To nie jest kontrola. To jest procedura do odhaczenia. Potem po takiej weryfikacji czasem półprzytomny zawodnik wsiada na motocykl i rusza do startu.
Jeszcze większa odpowiedzialność spoczywa na sztabach trenerskich. To oni wiedzą, w jakim stanie jest zawodnik. To oni podejmują decyzję o wystawieniu go do składu i to oni, dla interesu własnego i klubu, zbyt często wybierają ryzyko. Bo ważniejszy jest wynik, bo brak zastępstwa, bo zawodnik bardzo chce.
Żużel to sport ekstremalny, w którym margines błędu to czasem kilka centymetrów, sekunda. Zawodnik, który wyjeżdża na tor z niezaleczonym urazem, rzadko daje drużynie realną przewagę. Częściej kończy się to scenariuszem jak w Pile: szybkie wycofanie, dziury w składzie i mecz przegrany zanim się na dobre zaczął. Ryzyko nie tylko zdrowotne, ale i sportowe – kompletnie nieuzasadnione. Desygnowanie do składu i rywalizacji takich zawodników to proszenie się o tragedię – nie tylko dla nich, ale dla wszystkich uczestników biegu.
Dlatego problem nie leży w zawodniku. Leży w systemie, który nie egzekwuje realnych badań przed startem, nie daje lekarzowi narzędzi do stanowczych decyzji, nie rozlicza sztabów za ryzykowne wybory. Dopóki to się nie zmieni, będziemy oglądać kolejne takie mecze lub występy indywidualne. Kolejne „próby jazdy” i co za tym idzie kolejne niedokończone zawody.
Oby nigdy nie doszło z takiego powodu do sytuacji, że ktoś za to zapłaci dużo wyższą cenę niż przegrany mecz.
#żużel #speedway #PGEEkstraliga #Metalkas2Ekstraliga #NFZ