Po bandzie i w taśmę...
Nieobiektywny felieton
18 cze
W świecie sportu oskarżenia o manipulacje czy działania o charakterze przestępczym powinny opierać się na twardych dowodach, a nie na ciągu luźnych skojarzeń i sugestii. Tymczasem pojawił się artykuł, który jest jak w głuchym telefonie podawany dalej i przeinaczany. Sprawia on wrażenie tekstu zbudowanego przede wszystkim na domysłach. W pierwszym tempie nie chciałem tego dotykać, ale sprawa jest bardzo poważna.
Jakie są fakty? Michał Curzytek w ostatnim meczu GKM Grudziądz – Falubaz Zielona Góra podczas swojego jedynego startu tego dnia wjechał w taśmę. Sytuacja jak dziesiątki innych w każdym sezonie. No właśnie nie, tu zawodnikowi sugeruje się działanie przestępcze związane z ustawianiem wyniku zawodów sportowych i zakładów wzajemnych.
Wobec sugestii związanych z możliwymi ustawionymi zakładami bukmacherskimi na taką okoliczność najistotniejszy jest fragment, w którym autor przekonuje czytelników, że o „taśmie” wiedzieli już wcześniej ludzie ze środowiska żużlowego i sami kibice. Dowodem na poparcie tej tezy ma być... zrzut ekranu z komunikatora. Trudno oprzeć się wrażeniu, że standardy dowodowe zostały tu sprowadzone do poziomu internetowych plotek. W dobie łatwego tworzenia i edytowania treści cyfrowych screen z prywatnej rozmowy nie jest żadnym potwierdzeniem poważnych oskarżeń. Co więcej, nie wiadomo, kto jest autorem wiadomości, skąd posiadał informacje i czy w ogóle są one prawdziwe.
No właśnie. Sam „zbieg okoliczności” zostaje przedstawiony niemal jako przesłanka do stawiania bardzo poważnych tez, choć czytelnik nie otrzymuje konkretnych faktów, które pozwalałyby wyciągać tak daleko idące wnioski.
Trudno nie odnieść wrażenia, że autor przekracza granicę między dziennikarską dociekliwością a insynuacją. Sugerowanie możliwości popełnienia czynów zabronionych bez przedstawienia jednoznacznych dowodów budzi poważne wątpliwości natury etycznej i moralnej. W takich przypadkach odpowiedzialność za słowo powinna być szczególnie istotna. Jeśli takie zdarzenie faktycznie by miało miejsce to dla zawodnika mogłoby się skończyć zarzutami prokuratorskimi i zapewne dożywotnią dyskwalifikacją.
Zastanawia również kontekst publikacji. Portal, który tak chętnie podejmuje temat potencjalnych nieprawidłowości związanych z zakładami, sam współpracuje z bukmacherem. Nie oznacza to oczywiście automatycznie braku obiektywizmu, ale z pewnością rodzi pytania o konsekwencję i standardy, jakimi kieruje się redakcja. Tym bardziej należałoby oczekiwać wyjątkowej ostrożności w formułowaniu oskarżeń.
Jeżeli jednak autorzy rzeczywiście dysponują wiarygodnymi przesłankami świadczącymi o możliwości popełnienia przestępstwa, pojawia się zasadnicze pytanie: dlaczego sprawa nie została zgłoszona do prokuratury? Skoro ktoś miał wiedzieć o wszystkim z wyprzedzeniem, skoro istnieją osoby, które rzekomo posiadały poufne informacje dotyczące przebiegu zawodów, to mówimy o sytuacji wymagającej natychmiastowego działania odpowiednich organów, a nie publikowania kolejnych artykułów opartych na sugestiach.
W przeciwnym razie pozostaje uznać, że mamy do czynienia nie z ujawnianiem afery, lecz z budowaniem sensacyjnej narracji a różnica między jednym a drugim jest fundamentalna. Dziennikarz powinien przedstawiać fakty i dowody, a nie oczekiwać, że czytelnik uzna zrzut ekranu z komunikatora za materiał porównywalny z ustaleniami śledztwa. Jeśli redakcja naprawdę „wie”, powinna zawiadomić prokuraturę. Jeśli nie wie, a jedynie przypuszcza, powinna wyraźnie oddzielać domysły od faktów.
W całej tej dyskusji zaskakuje jeszcze całkowite pominięcie innych, znacznie bardziej prozaicznych scenariuszy, które mogły doprowadzić do identycznego rezultatu, czyli zdobycia przez zawodnika zera punktów. Jeżeli ktoś chce budować poważne oskarżenia na podstawie samego faktu, że zawodnik zakończył występ bez dorobku, powinien uczciwie przedstawić wszystkie możliwe wyjaśnienia.
Przecież zawodnik mógł zwyczajnie dojechać do mety na ostatniej pozycji. Mógł popełnić błąd na trasie, źle wystartować lub nie odnaleźć odpowiednich ustawień motocykla. Mógł również zanotować defekt w trakcie biegu, rzeczywisty albo potraktowany jako sposób na wycofanie się z rywalizacji. Każdy z tych scenariuszy prowadziłby do dokładnie takiego samego efektu w statystykach.
Można wskazać także rozwiązanie o charakterze czysto taktycznym. Jeśli sztab szkoleniowy uznałby, że większe korzyści dla drużyny przyniesie start juniora, mógł podjąć decyzję o takim, a nie innym rozegraniu sytuacji. Jasne są wymogi formalne związane z wypożyczeniami zawodników i koniecznością spełnienia określonych kryteriów punktowych. W takim kontekście można sobie wyobrazić scenariusz, w którym zawodnik zachowuje możliwość osiągnięcia wymaganej liczby punktów w kolejnych startach, a drużyna jednocześnie realizuje bieżące cele taktyczne. To oczywiście również pozostaje jedynie hipotezą, ale właśnie o to chodzi. Hipotezy nie są dowodami.
I tu dochodzimy do sedna problemu. Skoro istnieje kilka możliwych wyjaśnień tej samej sytuacji, dlaczego autorzy artykułu z taką łatwością kierują uwagę czytelników wyłącznie w stronę najbardziej sensacyjnej interpretacji? Dlaczego jedna nieudokumentowana wersja wydarzeń ma być bardziej wiarygodna niż inne, równie prawdopodobne scenariusze?
Dziennikarstwo powinno polegać na eliminowaniu wątpliwości za pomocą faktów. Tymczasem w tym przypadku wątpliwości nie tylko nie zostały rozwiane – stały się głównym tworzywem całej publikacji. A to zbyt mało, by formułować sugestie mogące godzić w reputację konkretnych osób i podważać uczciwość całych rozgrywek.
Pojechali po bandzie czy wjechali w taśmę?