Speedway Freak MMA
Nieobiektywny Felieton
20 maj
Nie wiem czy śledzicie świat freakfightów, ale ostatnie dni w sporcie są żywcem wyjęte z materiałów promocyjnych tychże. Najpierw piłkarz RTS Widzew Łódź wystosował w kierunku kibiców Korony Kielce popularne „pu puu puuu.. hehehe” a chwilę później żużlowiec Tai Woffinden postanowił pokazać kibicom w Rzeszowie jak wielkie ma „cojones”, że po tak ciężkim wypadku wrócił na tor i to, wskazując środkowym palcem, po roku.
Na stadionie przy Hetmańskiej brakuje już tylko konferansjera z mikrofonem i wielkiego napisu „MAIN EVENT”, bo to, co wydarzyło się po meczu H69 Speedway Rzeszów z TŻ Ostrovia i dalej dzieje się w internecie, bardziej przypomina promocję gali freakfightowej niż wydarzenie żużlowe, czy zwykły mecz Metalkas 2. Ekstraligi.
Z jednej strony Tai Woffinden, trzykrotny mistrz świata, człowiek, który jeszcze rok temu miał być twarzą odbudowy rzeszowskiego żużla. Z drugiej Michał Drymajło - włodarz - były prezes Stali, który dziś odpowiada Brytyjczykowi tak, jakby właśnie siedział naprzeciw niego przy stole podczas programu face to face przed walką wieczoru. A pomiędzy nimi? Kibice, internet, socialmedia i dużo luźnej nawierzchni, którą obaj się wzajemnie szprycują.
Cała historia ma zresztą wszystko, czego wymaga współczesny sportowy dramat osadzony w świecie freaków. Jest ciężki wypadek, są wielkie emocje, są oskarżenia o niewdzięczność, niewypłacone pieniądze, brak szacunku i wzajemne wyciąganie brudów. Zanim Hubert Mściwujewski zaprosi obu panów do face to face nakreślmy co się właściwie wydarzyło.
Po meczu w Rzeszowie Woffinden pokazał kibicom kilka gestów, które delikatnie mówiąc nie nadawały się do albumu klubowego. Nagrania błyskawicznie obiegły internet, klub z Rzeszowa wystosował przeprosiny, a liga prowadzi analizę sytuacji. Sytuacja eskalowała jednak głównie dlatego, że Brytyjczyk nie zachował się jak człowiek, który chce ugasić pożar. On poszedł do parku maszyn i dolał do niego cysternę metanolu.
W swoim obszernym wpisie nie przeprosił za gest w stronę kibiców, zamiast tego ruszył frontalnym atakiem skierowanym w ludzi rządzących rzeszowskim żużlem w 2025 roku. Zarzucił, że pieniądze ze sprzedaży koszulek i część wpływów deklarowanych na jego rehabilitację nigdy do niego nie trafiły. Twierdził też, że klub przez długi czas nie prowadził z nim konkretnych rozmów kontraktowych i że cała narracja wokół jego odejścia była fałszywa.
I tutaj na scenę wchodzi #Drymajło niczym zawodnik, który właśnie usłyszał, że rywal obraził jego rodzinę. Bez dyplomacji. Bez miękkiej gry. „Stek bzdur”, „nie masz wstydu” i jeszcze ten szyderczy komentarz o tempie Woffindena w czternastym biegu, to już nie była odpowiedź działacza sportowego. To był klasyczny trash talk na ostatniej konferencji przed walką.
Najbardziej absurdalne jest jednak to, że obie strony mają trochę racji i jednocześnie obie wyglądają w tym wszystkim bardzo źle.
Trudno jest nie współczuć Woffindenowi, każdy z nas trzymał za niego kciuki i martwił się o jego zdrowie i życie. Facet niemal zginął w wypadku w Krośnie. Walczył, przechodził piekło rehabilitacji i wrócił do ścigania mimo iż wielu już go skreśliło. Tyle, że nawet największy życiowy dramat nie daje immunitetu. Tai zachował się słabo w stosunku do nieprzychylnych mu kibiców, ale przez dwadzieścia lat swojej kariery musiał się na to uodpornić. To nic nowego dla tak doświadczonego zawodnika. Co więcej.. W swoim oświadczeniu dużo uwagi poświęca pieniądzom i pomocy materialnej którą miał zadeklarowaną a jej nie otrzymał. Mamy świeży przykład innego zawodnika – Patryk Budniak – chłopaka, który przeżył dramat na samym początku swojej przygody. Środowisko okazało wsparcie, także finansowe i to będzie kluczowe przy jego powrocie do zdrowia. No i tu rodzi się pytanie. Czy Tai, gość, który podniósł z toru miliony, naprawdę nie miał pieniędzy i musiał liczyć na czyjąś pomoc? Czy niektóre akcje nie były zrobione PR-owo na wyrost? Teraz stwarzają jedynie niesmak z uwagi na niewywiązanie się wszystkich zainteresowanych.
Z drugiej strony Stal i jej dawni działacze też weszli w ten konflikt za głęboko emocjonalnie. Klub najpierw publicznie przepraszał Woffindena za zachowanie kibiców, czym zaskoczył sporą część własnego środowiska. Potem były prezes Drymajło wszedł w tryb konferencji #PRIME i odpalił serię komentarzy, które bardziej pasowałyby do patostreamera niż do człowieka zarządzającego klubem sportowym jeszcze chwilę temu. „Prawdy, półprawdy, gównoprawdy. Ogólnie stek bzdur. Nie masz wstydu Tai Woffinden. W kolejnych dniach sprostuję te Twoje newsy.” – grzmi na Instagramie były włodarz. Pamiętam, że jeszcze w kwietniu Michał Drymajło uderzył w obecnego członka zarządu Stali Rzeszów - Marcina Gąsiora: „Skończy się pier***nie tego Nikodema Dyzmy z zarządu, jakobym zostawił klub zadłużony". No no no, zacne dymy. Znany żużlowemu środowisku - Marcin Najman - zapewne wstał i bije brawo byłemu prezesowi. A samego Pana Marcina, jak coś, widzę w roli współprowadzącego ten face to face.
Polski żużel dostał własną dramę freakową. Kolejne odsłony zapewne przed nami bo widać, że trafiła kosa na kamień. Tu zapewne nie dojdzie do fizycznej konfrontacji, ale „oktagon zweryfikuje”. Tym oktagonem będzie internet a sędziami punktowymi my, kibice.
Tylko że w tym wszystkim gdzieś uciekł sport. Mecz Stali z Ostrovią zakończył się wynikiem 47:43, ale kto dziś o tym pamięta? W pamięci zostały gesty, wpisy i internetowa wojna, czyli dokładnie to samo, co dzień po większości gal freakfightowych.
I właśnie to jest najbardziej gorzkie. Żużel zawsze miał w sobie testosteron, emocje i czasami jakiś konflikt. Niemniej kiedy prezes oraz były mistrz świata zaczynają wymieniać ciosy głównie w komentarzach i social mediach, człowiek zaczyna się zastanawiać, czy ogląda jeszcze sport, czy już nową odsłonę w jakiejś freakowej Speedway Federation. Nie przystoi..
#speedway #żużel #METALKAS2Ekstraliga #facetoface